Koniec marzeń

Kiedy byłem jeszcze bardzo mały i zaczynałem słuchać muzyki, wymyśliłem sobie, że kiedyś będę miał na półce 1000 albumów na płytach kompaktowych. Było to wyrazem skrywanej świadomości, że realizacja tego celu jest niemożliwa. Utopijnym marzeniem właśnie niż realistycznym celem. Dzisiaj wiem, że się ono nie spełni, choć z zupełnie innych powodów niż kilkanaście lat temu.

Epoka winyli mnie ominęła, aż taki stary nie jestem. Zaczynałem słuchać muzyki na kasetach, należących do rodziców, później kupowanych samodzielnie. Tak, wiem co łączy kasetę i ołówek, czasem zdarzało się, że sfatygowana taśma odmawiała posłuszeństwa. Szczególnie w przypadku albumów z jednym lub dwoma dobrymi utworami, na które przewijało się taśmę niezliczoną ilość razy – aż padła. Można też było robić własne składanki, by każdego numeru słuchać z przyjemnością. Robienie do takich składanek własnych okładek uwalniało drzemiącą w człowieku kreatywność. Uważać trzeba jednak było by dobrze wymierzyć czas nagrań i nie zmarnować cennego miejsca na taśmie. W przygotowywaniu takich składanek celował mój wujek, który to praktycznie pokazał mi co znaczy słuchanie muzyki.

Co istotne – w czasie, gdy nie miałem jeszcze ani jednego kompaktu, u niego zajmowały one całe metry półek. Zanim stałem się posiadaczem pierwszej płyty (wstyd pisać co to było) i odtwarzacza, spędziłem u wujka długie godziny słuchając muzyki z płyt właśnie. Nie zrozumieją tej wygody cyfrowi tubylcy. Wkładało się CD do wieży i…koniec. Można było słuchać bez końca, skacząc pilotem po utworach, przewijając je do dowolnego momentu, zapętlając, wiedząc w której sekundzie następuje ulubiony fragment. Można było zapomnieć o ołówku i taśmie, zamiast tego skoncentrować się na tekstach i okładce, która w kompaktach była o wiele większa i wyraźniejsza niż w przypadku kaset. Nie zapomnę ekscytacji towarzyszącej pierwszym przesłuchaniom Deicide, Morbid Angel, Sepultury, Vadera czy Pantery z oryginalnych kompaktów puszczanych na kilkusegmentowej wieży Technics’a.

To chyba wtedy postanowiłem, że będę inwestował w kompakty, zapominając o kasetach. Tym sposobem naraziłem się na niezrozumienie ze strony nielicznych podzielających muzyczną pasję znajomych. Kompakt zagranicznego zespołu kosztował około 60zł, kaseta 20. Łatwo policzyć, że zamiast trzech albumów, miałem jeden. Ale byłem przecież pewien, że któregoś dnia będę miał moje 1000 płyt, a wkrótce wszystkie albumy warte posiadania. I przecież wymienialiśmy się posiadaną muzyką, poznając wszystko, co było w naszym zasięgu. Kopiowaliśmy najpierw z płyt na kasety, bo przecież nikt nie miał przegrywarki w komputerze, jeśli w ogóle miał komputer. Nie mówiąc o internecie! Ale miało to swój urok, wspominam te czasy jako o wiele bardziej muzycznie społecznościowe niż dzisiejsze, ze wszystkimi technologicznymi udogodnieniami.

Objawieniem był internet i to, co w nim można było znaleźć. Jeśli miało się odpowiednie łącze. Ja go nie miałem, więc tydzień ściągałem jeden utwór z Kaazy. Podobnie było z teledyskami. Tydzień ssania i można było obejrzeć wideo zespołu, o którym dotychczas tylko się czytało lub, przy odrobinie szczęścia, trafiło nań w MTV czy innej telewizji (tak, kiedyś w ich ramówce były klipy). Nie zapomnę zawodu, gdy po ściągnięciu wideo Morbid Angel pt. „Domination” moim oczom ukazało się bliżej nieokreślone porno. A dzisiaj? Na Youtube znaleźć można teledyski wszystkich zespołów, o których się słyszało lub nawet nie – wersje telewizyjne, live a nawet całe dwugodzinne koncerty. Podobnie z albumami muzycznymi – nie trzeba ściągać ich na dysk, wystarczy otworzyć stream.

Dawniej jednak pozostawało nam ściąganie. Traf chciał, że jedno z pierwszych, jeśli nie pierwsze, stałych łączy w naszym mieście miał kolega, który dzisiaj w Poznaniu robi internety. Dowiedział się o tym drugi kolega, który dzisiaj w Warszawie robi krytykę polityczną. I od tamtej pory z sieci na nasze czyste kompakty płynęła rzeka muzycznych danych najrozmaitszego rodzaju. Kupowało się na weekend 20 czystych Verbatimów by zapełnić je tym, co akurat się ściągnęło. Lub by przegrać co kto miał, gdy przegrywarki stały się bardziej powszechne. Wtedy można już było wrócić do zwyczaju tworzenia składanek. Za ich pomocą wyrażało się uczucia, wiele koleżanek dostawało dedykowane im płyty z mniej lub bardziej ewidentnie wyłuszczonymi emocjami. Nie bardzo wyobrażam sobie tworzenie playlist na Youtube i linkowanie do nich. Jednak wręczany przedmiot to co innego.

Z drugiej strony przedmioty to też utrapienie. Dawniej na koncertach pod sceną było pogo, nic bardziej oczywistego, dzisiaj trzeba uważać by nie zahaczyć o smartphone’a lub jeszcze inne cudo. Niby fajnie obejrzeć potem koncert w sieci, ale bardziej pamiętam te, gdy nie koncentrowałem się na dobrym ustawieniu sprzętu (też zdarza mi się kręcić telefonem…). Lepiej znam te albumy, których słuchałem w całości, bo miałem ich kilkanaście, a nie kilkaset. Lepiej znam te, które woziłem po mieście w discmanie, niż urywki tych zapisanych w mp3 na telefonie.

Ostatnio robiłem remont, po jego skończeniu ustawiałem płyty alfabetycznie na półce. Doliczyłem się około 950 albumów – oryginalnych i przegrywanych. To wtedy doszedłem do wniosku, że wczesne marzenie o 1000 płyt w pokoju jest nie do zrealizowania. Nie ma najzwyczajniej sensu. Na dyskach mam niezliczone gigabajty muzyki, część z niej nigdy nie przesłuchałem. Po co miałbym je zgrywać na kompakty? W chmurze zawieszonych jest tyle muzyki, że przez całe życie jej nie poznam. Po co miałbym ją ściągać na swój dysk? Zawsze przecież mogę połączyć sieć z już swoim Technics’em. Tylko czy tak jest lepiej?