Wybory 2011 – pierwszy polityczny song. Wywiad z Łukaszem Naczasem

Zgodnie z zapowiedzią, z okazji zbliżających się wyborów parlamentarnych przyjrzymy się trochę marketingowi politycznemu i trwającej od niedawna kampanii. Ciekawych tematów z różnych stron sceny politycznej nie brakuje, a więc z pewnością będzie o czym pisać.

Pamiętacie skąd wzięła się moda na wyborcze hity w Polsce? W 1995 premierę miał polityczny song Aleksandra Kwaśniewskiego. Nie bez powodu zyskał ogromną popularność. W teledysku Kwaśniewskiego wystąpiły bliźniaczki (Napieralski nie był pierwszy :-)). Do tego rytmiczna nuta, hip-hopowa wstawka w wykonaniu ciemnoskórego artysty, podrygi przyszłego prezydenta no i hit gotowy!

W ostatnim tygodniu w mediach głośno zrobiło się o młodym kandydacie lewicy – Łukaszu Naczasie, którego polityczny song zawojował w większości wieczornych programów informacyjnych. Zapraszamy do lektury krótkiego wywiadu, w którym Łukasz Naczas opowiada o swojej inspiracji, aktywności polityków w Internecie, polityce multimedialnej i nowym pokoleniu młodych aktywistów.

– „Song o Naczasie” zbiera zarówno pochwały – że jest świeży, na luzie, przyjemny w odbiorze, jak i krytykę – że jest mało merytoryczny, pseudomłodzieżowy, infantylny, wieje nudą. Liczy Pan na podobny rozgłos i zainteresowanie spotem jaki odniósł chwytliwy klip Grzegorza Napieralskiego?

Łukasz Naczas: Czas antenowy, który został nam podarowany powinien być odpowiedzią na pytanie. Główne wydanie Panoramy, Faktów, Wydarzeń, Wiadomości, Teleexpressu, a także z uśmiechem obecność w Esce Rock czy w wielu miejscach w sieci. Jaki był cel? Zaznajomienie z nazwiskiem, ze stroną www.naczas.pl – tam są propozycje programowe. Wiedzieliśmy, że mało kto interesuje się nawet najbardziej ciekawym programem. W związku z tym zainspirowani trochę Obama Girl i kampanią Obamy, gdzie w Nowym Yorku byłem sztabowcem w czasie wyborów w USA, stworzyliśmy fajny młodzieżowym przekaz. Sukcesem okazało się to, że udało się nam namówić wielu znanych polityków do występu w naszym klipie. Wszystkie zarzuty o infantylność czy brak merytoryczności są argumentami, które często wypływają z prawicowego nurtu ludzi, którzy nie potrafią nic nakręcić, nie potrafią pozyskać znanych twarzy. Nie widać żadnych dissów, a więc nie widać konkurencji. Byliśmy pierwsi.

– Kampanie polityczne coraz częściej przenoszą się do Internetu. Kandydaci blogują, korzystają z Facebooka, Twittera, tworzą kanały na YouTube. Czy nie obawia się Pan, że tym źródłem komunikacji dotrze Pan w większości tylko do ludzi młodych omijając target starszych wyborców?

Ł. N.: Wcale nie. Osoby której mają powyżej 30 roku życia z całą stanowczością świetnie dają sobie radę w sieci. Przekaz jest coraz bardziej także dla nich. Nie wystarczy jednak w sieci teraz blogować i być, trzeba tam zaistnieć. To trudne, ale nasza piosenka i kreacja logotypu kampanii pokazuje, że można to uczynić niewielkim kosztem. Kwestia pomysłu, który coraz bardziej się będzie liczył. Trzeba tam jedna być na bieżąco. Ja nie schodzę z sieci, jak nie w komputerze to w komórce. Non stop online. Jak w realnym życiu politycznym.

– Władze krajowe SLD powierzyły Panu prowadzenie polityki multimedialnej i internetowej. Internet to miejsce dialogu i komunikacji, często i ostrej krytyki a nie miejscem do wygłaszania patetycznych sloganów. Czy Pana zdaniem obecnie marketing polityczny skutecznie wychodzi naprzeciw wymaganiom internautów?

Ł. N.: Zdaje mi się, że jest pełno firm i instytucji próbujących powiedzieć politykom, że odsłony bannerów lub ich kliki są czymś ekstra. Brak na rynku firm, które przychodzą z rewelacyjnymi, często niestandardowymi pomysłami. Osobiście odbywam setki takich spotkań, szczególnie w okresie przed kampanią. Mało jest kreatywności, zbyt dużo standardu w polskim marketingu w sieci. Sojusz pokazał, że można. Wystartowaliśmy jako pierwsi z ciekawą grą internetową, w której ludzie są ładowani do przeładowanych wagonów. Zaraz startujemy jako jedyni z pierwszych z propozycją dla posiadaczy smartphonów. Myślimy jak zaskoczyć pozytywnie.

– Czy kampania w social media i pozyskiwanie e-zwolenników mają sens? Nie ukrywajmy, że w ten sposób można trafić tylko do wybranej części odbiorców – którzy jak się okazuje niezbyt chętnie biorą udział w wyborach. Przy pomocy jakich jeszcze środków przekazu chce Pan namówić potencjalnych wyborców do wzięcia udziału w głosowaniu 9 października?

Ł. N.: Targetem Sojusz po wyborach prezydenckich, w których świetnie zaprezentował się Grzegorz Napieralski są ludzie młodzi. To pokazały wyniki. Po raz pierwszy musimy adresować także do nich wielką część naszego przekazu. Jak to zrobić? Osobiście chcę pokazać, że nowa jakość w polityce jest możliwa. Jak ją osiągnąć? Jak zlikwidować to błoto, którym oblepieni są politycy? Po prostu wymienić ich na nowe, świeżo myślące pokolenie. Ważny jest do tego program. Do tej pory nikt nie mówił poważnie o ekologii, o kwestiach opodatkowania kościołów, o sprawach nowoczesnych technologii. To klucz do dotarcia do młodych wyborców. Oni tak samo jak ja mają dosyć marazmu i brudu w polityce.

– Na sam koniec proszę Pana (nie tylko jako kandydata do sejmu ale i absolwenta specjalności „marketing polityczny”) o obiektywną ocenę – na jaki procent głosów poparcia SLD może liczyć w jesiennych wyborach?

Ł. N.: 19%. I wpływ na tworzenie nowego rządu.