Miasto moje a w nim…reklamy – zamiast farby cz. 2.

Kontynuuję wątek sprzeciwu wobec zalewających przestrzeń publiczną reklam. Można zalać je farbą, co ostatnio miało miejsce w Warszawie. Można też próbować zmienić prawo, działając zgodnie z jego przepisami, a nie łamać je przyczyniając się do negatywnego postrzegania wszystkich chcących zmienić coś w tej kwestii.

Chciałbym dzisiaj przedstawić Stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim, istniejące od 2007 roku, założone w wyniku niezgody na narastającą dewastację i zawłaszczanie przestrzeni publicznej przez tzw. reklamę zewnętrzną (outdoor). Większość zawartych tutaj informacji o działalności Stowarzyszenia pochodzi z prowadzonych przez jego członków stron internetowych – mam nadzieję, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, w końcu w pewnym stopniu przyczyniam się do rozpropagowania informacji o prowadzonych przez Miasto… akcjach.

Mają one na celu walkę z chaosem wizualnym w przestrzeni publicznej potęgowanym przez wszechobecne komunikaty reklamowe – od nielegalnych ulotek rozklejanych na słupach czy przystankach, po wielkoformatowe siatki, zasłaniające całe budynki. Przedstawiciele Stowarzyszenia dążą do zmiany przepisów prawnych regulujących rynek reklamy zewnętrznej w Polsce, ponieważ obecnie małe i duże firmy, zachwalając swoje usługi czy produkty, mogą w zasadzie wszystko – istniejące przepisy nie dają narzędzi, które pozwoliłyby na skuteczną ochronę przed drastyczną komercjalizacją przestrzeni publicznej. Najlepszą formą tych przepisów byłaby jednolita Ustawa o estetyce przestrzeni publicznej, zmieniająca kilkanaście innych ustaw, które (nieskutecznie) reklamę zewnętrzną regulują w chwili obecnej. Ludzie, o których tutaj mowa, nie są przeciwni reklamie jako takiej. Dążą do uporządkowania zasad umieszczania jej w przestrzeni publicznej tak, by nie szpeciła i nie przesłaniała nam całego świata.

A jest co porządkować. Przykładów na potwierdzenie tej tezy dostarczył wydany w 2009 roku album Polski Outdoor. Reklama w przestrzeni publicznej autorstwa Elżbiety Dymnej i Marcina Rutkiewicza. Publikacja zawiera zdjęcia całych fragmentów polskich miast praktycznie w całości przykrytych reklamą zewnętrzną. Album zawiera też diagnozę przyczyn obecnego stanu rzeczy i kompleksową propozycję działań naprawczych. Jak mówiła Elżbieta Dymna, współautorka albumu, „Degradacja przestrzeni publicznej przez reklamę w Polsce stała się zagrożeniem kulturowym. Mamy na to dowody – 200 stron naszego albumu. Widać szczególną cechę reklamy – niepowstrzymane dążenia do zawłaszczenia przez nią całego świata.” Marcin Rutkiewicz, drugi z autorów, stwierdził, że album ma być swoistym antidotum na postępującą reklamową degrengoladę – „W albumie dajemy konkretną propozycję, co można z tym zrobić: wprowadzić regulacje dotyczące sytuowania reklam, możliwości limitowania liczby nośników reklamowych w miastach i gminach.” Nie będę tutaj wstawiał zawartości albumu, gdyż można ją za darmo pobrać w wersji elektronicznej. Wiele zdjęć dostępnych jest także w Picassie. Czy takie działania doprowadzą do zmian w prawie? To się okaże, na pewno wzrasta dzięki nim społeczna wrażliwość na wygląd przestrzeni miejskiej.

Działalność publikacyjna i legislacyjna nie jest jedyną jeśli chodzi o Miasto Moje A w Nim. Niecały miesiąc temu rozpoczęła się akcja „Nie wstydź się zerwać!”. Jej celem jest oczyszczanie miejskich przystanków, tablic, znaków i wszelkiej małej infrastruktury z nielegalnych ogłoszeń reklamowych. Każdy z Was na pewno natknął się na reklamy taniego tytoniu, pożyczek, kredytów czy czyszczenia Karcherem. W większości są one niezgodne z Kodeksem Wykroczeń. Gdyby jeszcze wyglądały przystępnie, ale widok drzew oklejonych taśmą i papierem aż boli. Chętnych do udziału zapraszam na stronę po wszelkie wskazówki i odpowiedzi na pytania.