Miasto reklamą płynące

Skończyły się wakacje uczniów i studentów. Pracownicy wrócili z bardziej lub mniej słonecznych urlopów i w mieście zapanowała jesień. Jak grzyby po deszczu powróciły uliczne korki. Nie omijają nawet mniejszych miejscowości, bo obecnie w Polsce zarejestrowanych jest 17 milionów samochodów, co daje liczbę 0,4 samochodu na mieszkańca (wliczając osoby nie posiadające uprawnień do ich prowadzenia) – ekolodzy na pewno nie są zadowoleni.

Ja również jestem uczestnikiem ruchu drogowego. Czekając na zielone światło oglądam przydrożne reklamy, mniejsze i większe, oświetlone lub nie. Niestety, z przykrością muszę przyznać, że wiele z nich to pieniądze wyrzucone w błoto. Pomijam prezentowane kreacje, te oceńcie sami, ale jak już kupujemy np. billboard to w takim miejscu żeby ktoś nie tylko koło niego przejechał, ale także go zauważył (nie mówiąc już o możliwości dokładnego zapoznania się z treścią), a to jest naprawdę trudne kiedy jakieś 10 różnych reklam stoi obok siebie, albo wręcz jedna na drugiej.

Nie jestem wielkim podróżnikiem, ale po niedawnej wizycie w Danii przekonałam się, że nie wszędzie tak to wygląda. Można właściwie powiedzieć, że tam outdoor prawie nie funkcjonuje. Nawet Mc Donald’s miał tylko bardzo skromny neonik, a na citylightach królowała jedynie Lady Gaga ze swoimi perfumami. Bez reklam miasto wydawało się puste, ale estetyczne.

Czy zatem ładniejsza jest stonowana, spokojna wizualnie Kopenhaga czy może Nowy Jork błyszczący milionami kolorowych reklam?

Kilka zdjęć reklam rozmieszczonych w Poznaniu przy ul. Obornickiej w Poznaniu: