Zamiast farby czyli kreatywnych sposobów na sprzeciw wobec reklam cz.1

Ostatnio pisałem o bezmyślnych, moim zdaniem, akcjach niszczenia witryn sklepów znanych marek, połączonego z dewastacją publicznej przestrzeni miejskiej. Uznawszy tego typu działania za bezsensowne, zobowiązałem się do przedstawienia bardziej kreatywnych pomysłów na wyrażenie swojego sprzeciwu wobec reklam w przestrzeni miejskiej czy, szerzej, ideologii konsumeryzmu. Większość z nich wpisuje się w zjawisko culture jamming, zagłuszania kultury, którego teoretycznymi podstawami zajmę się kiedy indziej. Dzisiaj będą przykłady. I chuj.

Nie, nie przeklinam bez powodu. Jedną z pierwszych polskich akcji zagłuszania, która swym zasięgiem objęła siedem dużych polskich miast, była akcja pod tytułem „i chuj” właśnie. Przeprowadzono ją w listopadzie 2003 roku, polegała na rozlepieniu na billboardach, znajdujących się przy głównych ulicach miast, plakatów formatu A2 z prostym hasłem „i chuj”. Wydrukowano ich około tysiąca. Celem akcji było wejście w dyskurs z hasłami reklamowymi, w celu ich zniwelowania a jednocześnie stworzenia nowych, zmuszających do zastanowienia kontekstów. Jak informowali jej twórcy „Naszym celem nie jest zniszczenie tych billboardów (nie zrywamy ich ani nie zaklejamy całkowicie). Akcja jest swoistym happeningiem, mającym na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa na indoktrynację reklamową, której są biernie poddawani codziennie na ulicach. Interesuje nas szczególnie wspomniana interakcja pomiędzy treścią billboardu i naszym napisem oraz reakcje ich odbiorców. Akcja ma charakter spontaniczny i oddolny, nie jest skierowana przeciwko konkretnej firmie reklamowej czy jednostkowemu reklamodawcy”.

Samo hasło „i chuj” można tłumaczyć jako „i co z tego?” czy „mam to gdzieś”, „jestem wobec tego obojętny” – gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział. Przykładami przetworzonych haseł są: „Samsung. Barwy lekkości – i chuj”, „Czy wszystko gra – i chuj”, „Czysty smak kawy – i chuj”, „Skuteczna, kiedy pragniesz – i chuj”, „Reserved – i chuj”, które pokazują jak przy pomocy niewielkich środków i, zdawałoby się, minimalnej ingerencji w całość reklam, osiągnięto zaskakujący efekt, tworząc nowy komunikat, będący karykaturą wcześniejszego. Swego czasu istniał fan page projektu, obecnie można znaleźć bloga, ale nie jestem pewien czy tworzą go te same osoby.

Jestem przekonany, że tego typu działania mają o wiele większy sens niż oblewanie farbą zabytkowych kamienic w centrum miasta. Jeden prosty zwrot, może i wulgarny, ale jakże sugestywny, dodany do starannie opracowanego przekazu reklamowego przewraca jego znaczenie do góry nogami. Długotrwała praca stratega, accounta, grafika i copywritera zostaje zniszczona minimalnym nakładem środków. Przekaz komunikacyjny marki, starannie zaprojektowany, zostaje unieważniony, włożony jakby pod spód przekazu wywrotowego. Ten ostatni zadziwia, wytrąca z rytmu, skłania do myślenia. Jadę tramwajem, ślizgam się wzrokiem po billboardach, nagle widzę coś niestandardowego, zastanawiam się nad tym. Do jakich wniosków dochodzę – to już indywidualna sprawa. Jednym zabieg się spodoba, innym nie. Nikt jednak nie wyda z publicznych pieniędzy ani złotówki na posprzątanie po nim.

Korzystałem z tekstu napisanego z Krzyśkiem Ratajem.