Rewolucja Social Media – okiem nadentuzjasty

Pisanie książek dotyczących social media wydaje się być bezzasadne zważając na to jak szybko zachodzą zmiany w zakresie tej dziedziny. Myślałby kto, że cokolwiek można napisać zdezaktualizuje się jeszcze przed zamknięciem procesu wydawniczego, a jego produkt końcowy będzie wczorajszy już w pierwszych chwilach swojego istnienia. Niemniej, jak się okazuje, Michałowi Sadowskiemu udało się zamknąć w pigułce całkiem sporo prawd objawionych i zasad uniwersalnych, co jest świetnym rezultatem. Moje spostrzeżenia na temat Rewolucji Social Media (Wydawnictwo Onepress).

Do zawartej w książce wizji socialmediowych praktyk należy niemniej podchodzić z dystansem i nie bezkrytycznie. Podoba mi się pomysł na kolektywną wiedzę na temat problemów produktu i ich rozwiązywania – warto czerpać z doświadczenia Michała gdyż jego propozycje są godne uwagi. Obawiam się jednak, że Michał wiele rzeczy widzi przez nadto różowe okulary i niektóre proponowane przez niego mechanizmy mogą zaistnieć tylko w tak zwanym „idealnym świecie”. „Prowadzenie biznesu i komunikacji zorientowanej na klienta wymaga od firmy zaufania względem pracowników. Wiary w to, że pracownik jest zdolny do reprezentowania marki i nastawionej na konsumenta kompletnej obsługi.” – z tych zdań bije przekonanie, że jakiekolwiek bariery weryfikacyjne dla publikacji w imieniu marki powinny runąć niczym mur berliński.

Idea jest piękna, ale nie do zrealizowania. Lub inaczej – nie powinna być realizowana. Oczywiście, każdy pracownik jest twarzą firmy i każdy ją, mniej lub bardziej, sobą reprezentuje. Niemniej, dawanie wszystkim po megafonie i zachęcanie do agitacji na rzecz marki jest chyba zbyt liberalnym podejściem do kwestii. Osobiście bliższa jestem zdaniu, że SM to medium jak każde tradycyjne. Co za tym idzie powinno być kontrolowane pod kątem publikacji (w granicach rozsądku oczywiście, bo czym innym jest przygotowywanie polityki postępowania kryzysowego; jak wiadomo, w kryzysie bieganie za akceptami wpisów jest stratą cennego czasu.) Ponadto osoba, która wejście w rzeczywistość korporacyjną ma jeszcze przed sobą, po przyjęciu takiego modelu może się przykro roztrzaskać o całą górę procedur, z którą zetknie się w praktyce. Nie oznacza to oczywiście, że góra procedur jest dobra – twierdzę po prostu, że proponowanie na jej miejsce równiny także nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Książkę mogę polecić z czystym sercem i wymienione wyżej uwagi nie zmieniają faktu, że całość jest napisana przystępnie i zwięźle – co z uwagi na permanentny brak czasu doskwierający wszystkim, bez wyjątku, czyni ją pozycją łatwo przyswajalną. Niemniej mam poczucie, że przez to brak wielu bardzo istotnych szczegółów, co czyni książkę świetnym „wstępem do” tematu mediów społecznościowych, ale z nikogo na pewno nie zrobi specjalisty.

Wobec powyższego na pewno szczerze poleciłabym książkę studentom kierunków wszelakich, którzy zapatrują się na social media nindżyzm i chcą podjąć staże zawodowe w agencjach prowadzących działania tego typu – jest to świetna baza pod doświadczenia praktyczne. Powinna to być także obowiązkowa lektura dla osób, które nie do końca rozumieją dlaczego social media stają się coraz ważniejszym kanałem komunikacji z klientem. Jak pisze Sadowski: „(…) konsumenci są zmęczeni jednostronną komunikacją. Ludzie oczekują interakcji i szansy na wykształcenie relacji z marką.”

Osobiście powiedziałabym raczej „żaden konsument nigdzie nie szuka i nie oczekuje komunikatu reklamowego. Jednak ewolucja w stronę social media jest jedynym sposobem na przetrwanie w okolicznościach wykształcenia przez ludzi ślepoty na reklamę tradycyjną. Stosowanie kanałów komunikacji reklamowej, do których konsumenci jeszcze nadto nie nawykli, a które stanowią ich naturalne środowisko funkcjonowania w mediach sprawia, że reklama może być nadal zauważana, angażująca i akceptowana w zalewie treści kultury.” W jednym się na pewno z Michałem Sadowskim zgadzam – trzeba robić internety, a ci, którzy tego nie pojmują, zginą.